zamknij

Kultura i rozrywka

Wszyscy jesteśmy doskonali. Wywiad z Pawłem Konjo Konnakiem

2018-02-13, Autor: Oliwia Olczyk

Człowiek o dwóch twarzach – raz konferansjer gal disco polo, raz poeta i piewca kultury awangardowej. Paweł Konjo Konnak promuje nową książkę „Explozja zlewu vol. 2”.

Oliwia Olczyk: Dlaczego Konjo?

Reklama

Paweł Konjo Konnak: W latach osiemdziesiątych Tymon Tymański dał mi ksywę Konik. W roku 1989 mój kolega ze studiów, Jacek, poznał na jakimś obozie integracyjnym studentkę z Hiszpanii, między młodymi zaiskrzyło. Pewnego razu Jacek przyszedł na uniwersytet z samouczkiem, gdzie uczył się najpotrzebniejszych słów po hiszpańsku i powiedział: „a wiesz, Konik, że Koñjo to hiszpańskie określenie damskich narządów rozrodczych?” I od tej pory zostałem Konjem, co wielu się kojarzy z koniem, a przecież to nie jest koń! Jak spotykam ludzi z Ameryki Łacińskiej czy z Hiszpanii i się przedstawiam… (śmiech)

Ty od zawsze miałeś świra?

Nie, kiedyś byłem normalnie rozwijającym się dzieckiem. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale pochodzę z dobrej, kaszubskiej rodziny – rodzice inżynierowie po Akademii Rolniczej w Olsztynie. Niestety któregoś pięknego dnia – właściwie niepięknego, miał być piękny, a nie był – 13 grudnia, generał Jaruzelski rozpętał technoparty o nazwie stan wojenny. No i w wyniku traumy, którą to wydarzenie spowodowało w sercu moim i, jak sądzę, znacznej części tego narodu, dobry Bóg odebrał mi rozum i od tej pory ześwirowałem. Miałem wtedy 15 lat i zostałem najpierw punkiem na pohybel szarej komunistycznej rzeczywistości, a w roku 1986 założyliśmy Totart [gdańska formacja artystyczna – przyp. red.]. Wtedy to już w ogóle odleciałem. I tak jest do dzisiaj.

Gdyby nie stan wojenny, byłbyś przeciętnym Konnakiem?

Ja myślę, że byłbym normalnym człowiekiem. Po prostu od historii nie dostałem na to szansy. Są tacy jak Tymon Tymański, jak Krzysiek Skiba, tak zwani wieczni buntownicy – kto by tu nie rządził, to oni zawsze będą na barykadach. Ja nie mam natury buntownika. Mam w sobie duże pokłady racjonalności.

Jak wyglądały pierwsze szaleństwa Konja?

To był taki moment historyczny, który nazywaliśmy czasem końca permanentnego. W pierwszych latach stanu wojennego tliła się nadzieja, że jeszcze tymi manifestacjami coś się uda wywalczyć. W 1986 wszyscy byli zmęczeni, energia Solidarności się wyczerpała, ich kolejne akcje był jałowe. Komuniści też siedzieli w koszarach, raz na jakiś czas wyszli na ulicę, kogoś zabili, spałowali, ale to nie było już takie krwawe jak wcześniej. Skoro nie sprawdziło się rzucanie kamieniami, a oni zawsze mieli więcej czołgów od nas, to wymyśliliśmy trzecią drogę. Zamiast kamieni był śmiech i szyderstwo z władzy, zamiast strajków happeningi i koncerty. Tak powstała Pomarańczowa Alternatywa, Totart, ruch Wolność i Pokój. Tego nie rozumiała ani komuna, ani oficjalna opozycja. I jedni, i drudzy w najlepszym wypadku uważali nas za nieszkodliwych debili albo agentów SB, którzy robią sobie ze wszystkich jaja!

A gdyby teraz próbować zmieniać rzeczywistość śmiechem – udałoby się?

Udałoby się! To jest niewykorzystany czas dla kolejnej młodej opozycji. Ja jestem rozczarowany biernością obecnych punkrockowców – przecież mamy wymarzony czas na pisanie protestsongów. Wymarzony czas dla nowej partyzantki śmiechu.

Krzysiek Skiba pisał, że w kapitalizmie nie znalazło się czasu na śmiech, bo ludzie zajęli się gonitwą za pieniądzem.

Ludzie zajęli się normalnym życiem po prostu. Wyszliśmy z tego bagna, chociaż nie przypuszczaliśmy, że za naszego życia to się uda. To był taki cud, jakby inna cywilizacja z Marsa przybyła i rozdawała ciasteczka. Ale ludzie zaczęli żyć normalnie. Wreszcie można było iść do normalnej roboty, zakładaliśmy pierwsze niezależne firmy. Zamiast stać przy wałeczku i powielaczu mogłaś wydać normalną gazetę, mogłaś zorganizować normalny koncert, mogłaś sztukę sobie wystawić, książkę sobie wydać.

Dużo osób z Waszego dawnego rewolucyjnego kręgu nadal udziela się w takiej formie?

Wiesz, jak przyszła wolność, to niektórzy stwierdzili, że ich misja w przyrodzie już się skończyła. Wielu po 30 latach zorientowało się, że ich najpiękniejszym czasem była działalność podziemna i teraz po pięćdziesiątce próbują do tej formy wrócić. Ja zrozumiałem pod koniec lat 80., że to jest mój cały świat. I nie myślało się w kategorii sukcesu finansowego – grało się za darmo. W ogóle rozmowy o materii nie były w dobrym tonie, w dobrym tonie były rozmowy o duszy. W podziemiu działali specyficzni ludzie, normalsi wracali po pracy do domu, oglądali „Niewolnicę Izaurę” i szli spać.

Jak nazwałbyś swoją obecną działalność? To już nie podziemie.

Teraz to się nazywa działalnością alternatywną, niszową, offem. Ale ja z podziemia nie wyszedłem, ciągle jestem człowiekiem Totartu. Ciągle piszę swoje niszowe wiersze, niszowe książki, robię niszowe filmy. Można raz pojawić się w „Dzień dobry TVN” albo u Wojewódzkiego i nagle będzie: „o Jezu, Konjo żyje!”. Ale można też jeździć po niszowych galeriach, gdzie pojawi się 50 osób, ale będziesz wiedzieć, że oni naprawdę cię cenią. Uwielbiam zarówno swoją działalność ze starymi kumplami z Totartu, jak i moje szaleństwa estradowe, rewiowe. Już w latach osiemdziesiątych ustaliliśmy, że wszystko jest piękne, wszyscy jesteśmy doskonali, każda forma kreacji jest potrzebna i cenna. I o tym jest moja najnowsza książka: że żyję w dwóch światach, które średnio się przenikają, ale ja przenikam się między nimi.

 

Oceń publikację: + 1 + 3 - 1 - 1

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tulodz.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuŁódź

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tulodz.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Jak oceniasz pomysł darmowej komunikacji miejskiej dla mieszkańców Łodzi?






Oddanych głosów: 943