zamknij

Kultura i rozrywka

Świat widziany przez tysiące „mini-telebimów”. Relacja z koncertu Scorpions [ZDJĘCIA]

Niecałą dobę temu w łódzkiej Atlas Arenie wystąpił zespół Scorpions, istniejący już od ponad pięćdziesięciu lat. Niemieccy muzycy po raz kolejny udowodnili, że robią to, co kochają, i znakomicie się z tym czują!

Chociaż zespół już kilka lat temu zapowiadał przejście na emeryturę, nic nie wskazuje na to, by miał zrealizować te plany w najbliższej przyszłości. Nic dziwnego – nawet z takim stażem pracy i dużą częstotliwością koncertów w niektórych krajach (np. w Polsce), muzykom nadal udaje się przyciągnąć na swoje występy rzesze fanów. Frekwencja nie zawiodła również podczas wczorajszego wieczoru w łódzkiej hali.

Reklama

Koncert rozpoczął się około 20.40 i trwał niecałe dwie godziny. W tym czasie panowie zdążyli zagrać kilkanaście utworów, całkowicie owijając sobie łódzką publiczność wokół palca. Z tych bardziej energicznych kawałków można było usłyszeć „Tease Me Please Me”, „Big City Nights”, „The Zoo”, „We Built This House”, „Make It Real” z wizualizacją muzyków na tle białoczerwonej flagi czy też „Blackout”, podczas którego Rudolf Schenker zagrał na gitarze z rurą wydechową, wytwarzającą klimatyczny dym na scenie. Grupa, w hołdzie Lemmy’emu, zagrała również „Overkill” zespołu Motörhead, do którego przez wiele lat należał obecny perkusista Scorpions.

W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać: czy to łzy wzruszenia spływają po policzku wiernego fana, czy po prostu kropelki potu? Fakt, w Atlas Arenie od początku koncertu panowała duchota, a panowie z zespołu dodatkowo podkręcali emocje. Nadszedł zatem czas na uspokojenie publiczności i akustyczne wykonanie kilku wolniejszych piosenek: „Follow Your Heart”, „Eye of the Storm” oraz „Send Me an Angel”. Ta ostatnia została dedykowana zmarłej w sobotę Korze, wokalistce Maanam. Największy entuzjazm wywołał jednak znany wszystkim „Wind of Change” z charakterystycznym gwizdaniem Klausa i emocjonalnym śpiewem fanów, do którego wokalista gorąco zachęcał.

Tym, co w koncercie Scorpions uderzyło mnie najbardziej, była niesamowita energia i kontakt, jaki muzycy mieli z publicznością oraz między sobą. Klaus Meine skończył niedawno 70 lat, a mimo to wciąż czerpie radość z występowania i śpiewania dla kilkunastu tysięcy osób. Sposób, w jaki uśmiechał się do publiczności, stojąc przy krawędzi sceny i uderzając w tamburyn, był z całą pewnością jednym z najbardziej pozytywnych widoków wczorajszego wieczoru. Dodatkowo chętnie przemawiał do swoich fanów, używając kilku polskich zwrotów, a także droczył się z nimi przy wyrzucaniu w tłum kolejnych pałeczek perkusyjnych. Jeszcze większą energią emanował Rudolf Schenker, który sprawiał wrażenie, jakby był nastoletnim chłopakiem uwięzionym w ciele starszego mężczyzny – z radością „szczerzył się” do ludzi, skakał i biegał po scenie, a jego zapał rósł wraz z zaangażowaniem publiczności. Kolejną gwiazdą wieczoru był Mikkey Dee, perkusista, który gra z niemiecką grupą zaledwie od dwóch lat. Jak na tak krótki czas współpracy, widać było, że w zespole czuje się nad wyraz swobodnie, o czym świadczą żartobliwe miny i zachęcanie publiczności do jeszcze większego aplauzu. Na który, swoją drogą, zasłużył po wykonaniu perkusyjnej solówki w powietrzu. Wyrazy uznania należą się też gitarzyście Matthiasowi Jabsowi oraz Pawłowi Mąciwodzie, basiście polskiego pochodzenia, który na koniec koncertu nie zapomniał wspomnieć o niedawno zmarłej Korze oraz Tomaszu Stańce.

Muzycy dali z siebie wszystko, czego nie da się niestety powiedzieć o niektórych uczestnikach koncertu. Stojąc w sektorze Golden Circle, niedaleko samej sceny, miałam wrażenie, że większość obecnych tam ludzi wydała pieniądze na bilet nie po to, żeby świetnie się bawić do największych przebojów legendarnego zespołu, a jedynie w celu odhaczenia kolejnej rzeczy, którą można by się pochwalić przed znajomymi. Widok przede mną był niesamowity, choć w negatywnym tego słowa znaczeniu – zamiast lasu rąk, kołyszących się do tych pięknych ballad, które zespół napisał przed wieloma laty, widziałam jedynie morze telefonów komórkowych, nagrywających bezmyślnie kolejne piosenki i muzyków.

Susan Sontag, wybitna pisarka i eseistka, napisała kiedyś: „Fotografowanie jest nie tylko rodzajem zaświadczania o przeżyciu czegoś, jest także środkiem rezygnacji z przeżyć”. To był rok 1977. Sontag nie mogła wtedy przewidzieć, że w 2018 r. niektóre telefony będą robić zdjęcia lepsze niż wymyślne aparaty, a filmiki nagrane z różnego rodzaju wydarzeń będzie można wysłać do znajomych sekundę po ich nagraniu. W przypadku koncertów jest to o tyle niezdrowe, że pozbawia osobę nagrywającą możliwości pełnego udziału w zabawie i przeżywania tego, co dzieje się na scenie, a dodatkowo utrudnia widoczność innym, często niższym osobom. Jaki jest cel trzymania telefonu w górze i nagrywania przez godzinę koncertu, który odbywa się tuż przed nami, właśnie w tym momencie? Czy jest to potrzeba kolekcjonowania pamiątek? Wątpię, do tego wystarczyłoby jedno zdjęcie. Może chęć zaimponowania lub pochwalenia się znajomym? „Zaświadczenie o przeżyciu czegoś”, jak to pisała Sontag, bo przecież jeśli nie jest to udokumentowane na telefonie, to prawie tak, jakby się nie wydarzyło.

Poza tym drobnym niesmakiem jestem pewna, że z koncertu pozostaną same dobre wspomnienia. Panowie, mimo tak wielu lat wspólnego występowania, nadal znakomicie czują się w swoim towarzystwie oraz na scenie. Mają w sobie niesamowite pokłady energii i udowadniają, że warto w życiu robić to, co się kocha. Patrząc na to, jak się prezentują, myślę, że warto iść za ich przykładem.

Zobacz galerię

Oceń publikację: + 1 + 11 - 1 - 3

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tulodz.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.