zamknij

Sport i rekreacja

SPORTOWY WYWIAD TYGODNIA #45: Rozmowa z Markiem Dziubą, byłym piłkarzem Widzewa, ŁKS-u i reprezentacji Polski (cz. 1)

2018-05-18, Autor: Michał Malinowski

Dzisiaj poznaliśmy 32-osobową kadrę reprezentacji Polski w piłce nożnej, która pojedzie na zgrupowania do Juraty i Arłamowa. My natomiast mamy dla Was wywiad z wybitnym piłkarzem, który w swojej karierze posmakował nie tylko gry w biało-czerwonych barwach, ale także w obu łódzkich klubach!

Michał Malinowski (TuŁódź.com): Panie Marku, jak Pan wspomina mundial w 1974 roku z perspektywy kibica, ale też człowieka, który w piłkę już grał i którego klubowi koledzy byli wówczas na turnieju u naszych zachodnich sąsiadów?

Reklama

Marek Dziuba: Na pewno wszyscy jako kibice byliśmy zadowoleni z tego występu. Ja, jako młody zawodnik dopiero wchodziłem do I ligi, do zespołu, w którym było bardzo dużo reprezentantów Polski – m.in. Jasiu Tomaszewski, Mirek Bulzacki, ale również sporo chłopaków w reprezentacjach młodzieżowych. Także ja byłem można powiedzieć młokosem.

Miał Pan wówczas 19 lat...

Tak. To była wielka frajda dla mnie, móc z nimi grać na co dzień. A mundial mocno przeżywałem, zresztą tak jak i cała Polska. To było coś wspaniałego. Zresztą nie tylko meczów reprezentacji to dotyczyło. Pamiętam słynny mecz Górnika we Francji z Romą [red. 22.04.1970, Strasburg, Górnik Zabrze - AS Roma 1:1, awans Górnika po rzucie monetą] – mieszkałem na czwartym piętrze, w całym mieście była cisza, a później wielka euforia. Nie było wtedy niesnasek między klubami. Ale wracając do mundialu – bardzo fajnie wspominam tamten sukces.

Takie może nieco podchwytliwe pytanie... Co łączy Pana z Adamem Nawałką?

Na pewno nic mnie nie łączy! (śmiech)

(śmiech) Rozumiem, ale pytałem w kontekście sportowym...

Obydwaj debiutowaliśmy na Nepstadionie w przegranym 2:1 meczu z Węgrami.

Nawałka zresztą zdobył wówczas gola – jedynego w swojej reprezentacyjnej karierze. Pan też zdobył tylko jednego gola w kadrze.

Z Algierią, w Nowej Hucie.

Zgadza się, ale do tego jeszcze wrócimy. A jak Pan wspomina to pierwsze spotkanie z orzełkiem na piersi?

Ja wtedy wszedłem za Henia Wawrowskiego. Na pewno wielkie przeżycie. To był '77 rok, miałem 22 lata i debiutowałem w reprezentacji Polski. Wielki zaszczyt. Na pewno każdy by chciał dostąpić takiego zaszczytu.

W roku 1977 zagrał Pan w 8 z 13 spotkań reprezentacji, w tym w meczu eliminacyjnym do MŚ z Danią na wyjeździe. Jednak jesienią, w ostatnich dwóch meczach eliminacyjnych już Pan nie grał, podobnie jak w całym roku 1978. Nie żal było, że ten argentyński mundial przeszedł koło nosa?

Nie do końca chcę w ogóle wspominać, nie lubię wracać do historii. Stało się jak się stało. Decydujący był mecz w Wołgogradzie, przegrany 4:1 ze Związkiem Radzieckim. No dobra powiem, jak to było. Byłem ambitny, chciałem grać. Dostałem w czasie meczu po żebrach. Janek Tomaszewski, który wtedy nie grał z powodu kontuzji, powiedział mi: „no i w tym momencie trzeba było baranie zejść z boiska”. Ja tymczasem chciałem się ścigać z Błochinem [red. zdobył w tym meczu dwie bramki]. A szansę miałem sporą na wyjazd, bo w kadrze następowała mała zmiana pokoleń, pojawił się chociażby Nawałka, o którym już rozmawialiśmy i z którym razem zaczynałem w kadrze. Można powiedzieć, że padłem ofiarą własnej ambicji. Byłem co prawda w czterdziestoosobowej kadrze na mistrzostwa świata, ale na turniej nie pojechałem.

Można więc śmiało powiedzieć, że był Pan częścią ówczesnej reprezentacji, zna Pan doskonale zawodników. Wielu uważa, że właśnie ekipa z 1978 roku była najlepszą w historii polskiej piłki. Czy faktycznie tak było? Podpisałby się Pan pod tym stwierdzeniem?

Wydaje mi się, że tak. Ta reprezentacja miała wielkich, wybitnych zawodników. Myślę, że była wielka szansa na tytuł w Argentynie. Ale stało się jak się stało. Ś.p. Kaziu Deyna nie strzelił karnego, to się odbiło czkawką i poszło. Wrócę jeszcze do 1974, bo gdyby nie ta murawa to bylibyśmy mistrzami świata. Mieliśmy wspaniały zespół, chociaż raczej niewielu widziało w nas przed turniejem faworytów. Tymczasem pyk, pyk, pyk – odprawialiśmy kolejnych rywali. Mieliśmy wówczas super skrzydłowych Latę i Gadochę, a ta cała sytuacja z deszczem wytrąciła nam z ręki największe atuty.

Właściwie już zaczepiliśmy ten temat... Z czym kojarzy się Panu data 19 listopada 1980 r.?

(dłuższa chwila zastanowienia)

To podpowiem. To ta jedyna bramka w reprezentacji, z Algierią...

No tak, w Nowej Hucie.

Zgadza się. Meczów w reprezentacji zagrał Pan w sumie sporo, zwłaszcza jak na ówczesne realia, a bramka tylko jedna...

No niestety ja byłem obrońcą (śmiech). Wspomnienie miłe, ale data już niestety umknęła. Ale pamiętam, że z Algierią – to jest jeszcze dobrze (śmiech).

Pamięta Pan jak ona padła?

Szczerze mówiąc to już nie bardzo...

Trzech trenerów „przerobił” Pan w kadrze. Gmoch, Kulesza, Piechniczek – który z nich był najlepszy?

Ciężkie pytanie. Każdy był wielkim fachowcem. Każdy oczywiście miał swoje podejście.

A może od któregoś z nich najwięcej się Pan nauczył?

Od wszystkich się dużo nauczyłem.

Czyli wszystkich dobrze Pan wspomina? Nawet Gmocha, mimo że nie wziął Pana do Argentyny?

Było nas czterdziestu. Takich jak ja, a może lepszych. Może decyzje nie były trafione, ale na pewno nie mam o to żadnych pretensji.
A poza tym, wracając do tej trójki, to trzy zupełnie różne charaktery. Każdy miał swoją wizję. Na pewno swoją pracą pokazali, że byli fachowcami wielkiej klasy. Muszę powiedzieć jeszcze o ś.p. Rysiu Kuleszy. Wspaniały facet, wspaniały trener, odsunięty po aferze na Okęciu – jemu jako jedynemu z tej trójki nie dane było poprowadzić zespołu na wielkiej imprezie, a przecież to jest celem każdego trenera.
Wspomniałbym jeszcze, że miałem też przecież do czynienia w ŁKS-ie ze ś.p. Kaziem Górskim, który był koordynatorem, kiedy ja wchodziłem do zespołu. Także miałem możliwość pracy z wieloma wybitnymi trenerami.

Można by rzecz gigantami polskiej piłki...

No tak. Jeszcze dołożyłbym do tego grona wybitnych Leszka Jezierskiego. Ale to już historia.

Pan też całkiem ładną kartę w historii trenerskiej zapisał...

Ja wiem?

Mistrzostwo Polski, wicemistrzostwo to przecież niezłe sukcesy. Zwłaszcza, że ostatnie łódzkich klubów...

No zgadza się. Zresztą ciekawa sytuacja miała miejsce w ŁKS-ie. Zawsze o tym mówię i będę to powtarzał dokąd będę o to pytany. Pewnie Pan pamięta te roszady Dziuba-Polak, Polak-Dziuba i tak się to zmieniało, prawda? Ale muszę powiedzieć, że nie było między nami jakichś niejasności. Poza tym wielka chwała należy się prezesowi Antkowi Ptakowi. Szkoda, że tak się to rozpadło.
Zresztą nieraz, jak się spotkamy z Jankiem Tomaszewskim, to mu mówię, że była szansa ten Manchester United przejść. Gdyby została utrzymana cała drużyna. Wcześniej jeszcze fatalny wypadek Marka Saganowskiego. Ja już wtedy myślałem, że nie będzie mistrza Polski, bo to był jeden z najlepszych zawodników w Polsce. Jak go wtedy zobaczyłem, to powiedziałem do niego „Ty gamoniu”. Zresztą przyjmował go wtedy w szpitalu mój kolega. Ciągle uważam, że gdyby wszyscy zostali to byśmy przeszli ten Manchester.

A to przecież był ten sezon, kiedy oni triumfowali w Lidze Mistrzów.

No tak!

Przejdźmy do mundialu w 1982 roku. Awansowaliście, ale później przygotowania były dosyć trudne, specyficzne. W Polsce stan wojenny, nikt nie chciał z Wami grać. Ta cała sytuacja Was jakoś szczególnie mobilizowała? Jak Pan to wspomina?

Sytuacja była taka a nie inna, musieliśmy to zaakceptować. Ale to była taka ekipa, że chcieliśmy po prostu coś zrobić, osiągnąć sukces, choć sami nie wiedzieliśmy na czym dokładnie stoimy, bo tak jak Pan wspomniał, nikt nie chciał z nami grać. Wiadomo – nie chce się nawet wspominać o tym. Ale mimo wszystko, przynajmniej tak po cichu, jechaliśmy po sukces. Ekipa była naprawdę fajna. Organizacyjnie byliśmy jednak bardzo słabi.

Jeśli chodzi o grę to rozpoczęliśmy od meczu z Włochami – 0:0, później był remis z Kamerunem – to wyglądało różnie. I później był mecz z Peru. 26 minuta, pamiętam to dobrze, wchodzę [red. za Jałochę] i mimo tego, że miałem wtedy chyba już 45 meczów w reprezentacji to czułem się jak nowicjusz. Tak sobie myślałem: jest 0:0 i teraz niech, kurczę, Dziuba zrobi błąd to dopiero będzie. Będę pierwszy do odstrzelenia.

Na chwilę przerwę i wrócę do tych dwóch pierwszych spotkań, które Pan spędził na ławce. Jak wyglądała atmosfera w drużynie po nich. Remis z Włochami nie był złym wynikiem, ale już ten z Kamerunem chluby nie przynosił.

Atmosfera była w porządku. Co prawda ze strony redaktorów szły gromy na nas...

No tak. I pamiętna „odpowiedź” Zbyszka Bońka po bramce z Peru...

Tak. Ta cała sytuacja akurat nie była zbyt fajna.

Wróćmy do tego meczu z Peru...

Tak jak wspomniałem – czułem się jak debiutant. Ale ruszyło i poszło... Zresztą jeszcze przed samym meczem była dosyć dziwna sytuacja. Rano ubraliśmy się w garnitury i siedzieliśmy na świetlicy. Nie wiedzieliśmy, czy coś przypadkiem nie wydarzyło się w kraju, a przecież nie mieliśmy informacji. To też niezła historia, bo dzięki prywatnym kontaktom, dzięki nieżyjącemu Jasiowi Ciszewskiemu i Darkowi Szpakowskiemu dzwoniliśmy do domów. Brało się taksówkę, jechało do nich i dzwoniło. A poza tym nie było żadnych informacji. Pierwsze wrażenie mieliśmy w tej sytuacji dosyć dziwne. Ale ostatecznie mecz się dobrze zakończył. No a później był ten mecz ze Związkiem Radzieckim.

Ale ja bym jeszcze chciał zapytać najpierw o Belgię. Przy pierwszej bramce podawał Pan do Laty, który asystował Bońkowi. Przy drugiej – do Kupcewicza, który wrzucał do Buncola – a dalej to już wszyscy znają... Najlepszy Pana mecz w reprezentacji czy były lepsze?

Mnie się wydaje, że mecz pod wodzą Ryszarda Kuleszy. Polska-Holandia 2:0 [red. 2.05.1979, Chorzów]. Do dzisiaj mam go w głowie. Pamiętam całą sytuację przy bramce na 2:0, którą strzelił z karnego ś.p. Włodek Mazur. Wyszedłem sam na sam. Schrijvers [red. holenderski bramkarz] wyszedł do mnie, wielki chłop i zgłupiałem. Nogi mi się pokręciły, ale przejął piłkę Grzesiek [red. Lato], uderzył, piłkę ręką odbił Krol. Zresztą, jaką oni mieli wtedy reprezentację. I po tej ręce Krola podszedł Włodek i „panenkę” strzelił na 2:0. Sto tysięcy ludzi! [red. oficjalnie 85 tys.] Coś nieprawdopodobnego! Mnie się wydaje, że ten był najlepszy. Chociaż jeszcze parę dobrych można by wymienić...

Za ten mecz z Belgią też Pan jest chwalony. Wszyscy wspominają, że ta prawa strona dobrze nam „chodziła”...

Muszę powiedzieć, że z Grześkiem [red. Latą] bardzo dobrze nam się grało. I to mimo że miałem z nim taką nieprzyjemną sytuację, kiedy przyjechał Mielec na ŁKS. Wszedłem wślizgiem, było ślisko i rozwaliłem Grześkowi mięsień. Jak to zobaczyłem to prosiłem trenera, żeby zdjął mnie z boiska. A przed meczem nieżyjący trener Jezierski pytał, kto Grześka będzie krył, no i powiedziałem, że ja go kryję. Chciałem zejść z boiska po tym starciu. A swoją drogą korki, w których grałem, były robione w Mielcu, właśnie Grzesiek mi je załatwił. Wtedy ciężko było o dobre buty. Ale z Grześkiem w reprezentacji naprawdę bardzo dobrze mi się współpracowało. Zresztą właśnie na mistrzostwach świata grałem ponownie przeciw Błochinowi, mając oczywiście w pamięci doświadczenia z Wołgogradu. I w pewnym momencie mówię do Grześka, no nie będę może...

Cytował dokładnie...

Tak. (śmiech) Mówię do niego: „Idź do przodu, nie wchodź mi tutaj do tyłu, bo mi tylko pokręcisz. Ja sobie dam radę.” To była wielka satysfakcja, że „odpokutowałem” za ten mecz z 1977 roku.

Właśnie ten mecz z ZSRR. Mogliście zremisować i zremisowaliście. Bramki nie straciliście, ale straciliście Bońka... Należała mu się kartka za ten faul czy może niekoniecznie?

Różnie to można oceniać. Na pewno wielka szkoda, że Zbyszka nie było w półfinale. A druga kwestia to w półfinale nie zagrał Andrzej Szarmach. Jednak dużo czynników wpłynęło, może nie tyle na sam wynik meczu bezpośrednio, ale to jak to wszystko wyglądało. Mieliśmy problemy z hotelami. Spanie to była męczarnia. Nikt by nie przypuszczał, że Włosi ograją w grupie Argentynę i Brazylię, grając na Espanyolu w upale. My wcześniej graliśmy dwa mecze o 21, a później się pozmieniało. Zresztą Brazylia i Argentyna odpadły, Hiszpania odpadła. Kto to jest Polska? Kto przyjedzie na finał, jeśli my w nim zagramy?
Swoją drogą, jakby Pan tak sobie popatrzył, to uważam, że przy pierwszej bramce był faul na Stefanie [red. Majewskim]. Gdyby Jasiu Kupcewicz, to co uderzył w słupek, gdyby to wpadło – może by się wtedy odwróciła sytuacja. Ale to już można tylko gdybać. Ale wracając do Szarmacha. Dino Zoff pytał później czemu on nie grał. Bał się go. Zagrali kilka meczów przeciwko sobie, a włoski bramkarz pamiętał jeszcze bramkę z 1974. Był właściwie cały szczęśliwy, że Andrzej nie zagrał.

A lepszy w Waszym wykonaniu był grupowy mecz z Włochami czy ten półfinałowy?

Chyba jednak ten pierwszy.

Kiedy było bliżej mistrzostwa świata? W 1974 czy w Hiszpanii?

Zdecydowanie '74, a później wydaje mi się, że '78. W '82 zrobiliśmy chyba nawet wynik nieco ponad stan. Nikomu nic nie ujmując, w latach siedemdziesiątych mieliśmy więcej zawodników klasy światowej. Ale to oczywiście moja opinia.

Właśnie o Pana ocenę i wrażenia pytam :-) Na koniec mecz o trzecie miejsce. Mam wrażenie, że podobnie jak w '74 to chyba Wy byliście bardziej zmotywowani niż rywale, w tym wypadku Francuzi, którzy wystawili pół rezerwowy skład.

Trudno powiedzieć. Ważne było dla nas to, że doszliśmy do świeżości. Wreszcie się wyspaliśmy w klimatyzowanym hotelu. Tam były wtedy upały stulecia. Spało się nago, a jak się brało prześcieradło pod zimną wodę, żeby się przykryć, to dosłownie za pięć minut już było suche. Jak się otworzyło okno to buchało tak gorące powietrze, że szkoda słów. Jak poszliśmy na basen to czuliśmy się jak w ciepłej zupie. A takie niuanse przecież mogły decydować o wyniku. Patrząc jak to wszystko wyglądało to i tak daliśmy radę.

Dzisiaj reprezentantom nie brakuje niczego.

Ale to są czasy inne. Nie ma co zazdrościć. Trzeba im tylko życzyć jak najlepiej.

Polska zdobyła w historii dwa medale mundiali. Wie Pan ilu jest łodzian w gronie piłkarzy, którzy dostąpili tego zaszczytu?

Łodzian czy zawodników grających w Łodzi?

Pytam o rodowitych łodzian...

Ja i Mirek [red. Bulzacki].

Zgadza się. Zresztą w ogóle oprócz Was na mundialach zagrało jeszcze tylko dwóch zawodników urodzonych w Łodzi: nieżyjący już Antoni Gałecki w 1938 roku i Euzebiusz Smolarek. Tylko, że ten ostatni właściwie całe życie spędził poza Polską, a Panowie niemal całe życie z naszym miastem jesteście związani i obecnie tu mieszkacie... Wróćmy jednak do Hiszpanii. Dekoracja po meczu z Francją – wielkie przeżycie?

Przede wszystkim przykre...

Bo?

Władek [red. Żmuda, kapitan] na tacy podawał nam medale, a Francuzom [red. wręczano wówczas cztery komplety medali], nie przypomnę sobie dokładnie kto, ale chyba ktoś z FIFA. Zresztą mam ten medal do tej pory – nawet wstążki nie ma, żeby go zawiesić na szyi. Taki trochę niesmak, ale obrazujący trochę jak nas traktowano. Po co im była Polska w finale? Z Włoch wiadomo było, że przyjadą kibice – to w tym kontekście też nieco wcześniej mówiłem o półfinale. Niesmak pozostał.

Oceń publikację: + 1 + 12 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tulodz.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.