zamknij

Kultura i rozrywka

Słoneczne Buenos Aires w deszczowej Łodzi. Sprawdź, jak poradzili sobie studenci Akademii Muzycznej w realizacji musicalu

2018-05-17, Autor: Kamila Kolasińska

Tęsknota, ból, miłość i niepokój… Studenci Akademii Muzycznej w Łodzi wiedzą, jak wywołać wszystkie te emocje. Podczas występu w środę, 16 maja, zabrali widzów w muzyczną podróż do słonecznego Buenos Aires i mglistego Poenari, wykonując utwory z dwóch słynnych musicali.

Pod koniec roku akademickiego studenci specjalności musical przygotowali niezwykłe show, złożone z fragmentów musicalu „Evita” Andrew Lloyda Webbera oraz z „Tańca wampirów” Jima Steinmana. „Evita” to dzieło z 1976 r. inspirowane życiem argentyńskiej „królowej serc” - Evy Peron. To z niego pochodzą takie przeboje jak „Don’t Cry for Me Argentina” oraz „You Must Love Me”. „Taniec wampirów” powstał natomiast na podstawie filmu Romana Polańskiego z 1967 r., a jego akcja osadzona jest w tajemniczym zamczysku. Tytułowy zamek Poenari był siedzibą słynącego z okrucieństwa Włada III, którego postać stała się pierwowzorem Drakuli. Wśród utworów skomponowanych przez Jima Steinmana można wymienić „Czosnek”, „Zaproszenie na bal” oraz „Czerwone trzewiki”.

Reklama

Środowe przedstawienie zaczęło się kilka minut po godz. 18. Światła zgasły i swoje wystąpienie zainicjował zespół instrumentalny ulokowany na podium. Już same dźwięki klarnetu sprawiły, że można było przenieść się w zupełnie inne miejsce i zapomnieć o reszcie świata. Zaraz potem na scenę wkroczyli studenci i publiczność usłyszała „Buenos Aires” w wykonaniu Magdaleny Lazar. Tym, co szczególnie zwróciło moją uwagę przy pierwszym utworze, była niezwykła rola oświetlenia oraz wyjątkowe zgranie wśród tancerzy.

Raczej nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że pierwszą część przedstawienia zdominowała Ewa Cieślak, która pojawiła się już w drugiej piosence. Jako Evita zaśpiewała „Koncert charytatywny” oraz „Szukałeś mnie”, zachwycając siłą swojego głosu, świetną dykcją oraz sposobem wyrażania emocji. Pełne uczuć spojrzenia czy tęskny głos w „Nie trzeba łez Argentyno” były jednak zaledwie rozgrzewką przy tym, co pokazała widzom w utworze „Wciąż kochaj mnie”. Grając śmiertelnie chorą kobietę w ramionach partnera, była niezwykle przekonująca, delikatna i poruszająca. Prośba, którą wyśpiewała do Perona, jeszcze na długo została w mojej głowie.

Oczywiście nie tylko Ewa Cieślak zasługuje na pochwały – świetnie wypadła również Julia Słojewska w emocjonalnym „No i teraz co…?” oraz Maciej Dzięgielewski wykonujący m.in. „Gwiazdo wśród gwiazd” oraz „Płynie szmal”. Widać było, że na scenie czuje się on bardzo swobodnie, a jego głosu słuchało się wyjątkowo przyjemnie.

Druga część była zdecydowanie bardziej jednolita pod względem występów poszczególnych osób. Na uwagę zasługuje tu przede wszystkim Joanna Strach – choć wcześniej nie wyróżniła się niczym szczególnym, w utworach „Zaproszenie na bal” oraz „Tam jest swoboda” zachwyciła swoim czystym, słodkim głosem. Szczególnie dobrze wyszedł duet między nią a Dzięgielewskim – ich połączenie brzmiało niesamowicie, a w niewinnych podchodach między dwojgiem bohaterów kryła się pewnego rodzaju magia.

Atmosfera przedstawienia zmieniła się diametralnie za sprawą Krolocka – wampira granego przez Tomasza Wojtana. Z umalowanymi na czarno oczami, okrutnym spojrzeniem oraz szybkim, władczym krokiem potrafił wprowadzić na scenę mrok i wywołać u widza pewnego rodzaju niepokój. Pomagały mu w tym przebrane na czarno postacie, krążące dookoła niczym wierne sługi lub nocne demony.

Od samego początku Krolock próbuje pozyskać dziewczynę o imieniu Sara, kusząc ją czerwonymi trzewikami oraz wizją przemiany w prawdziwą kobietę. Bohaterka się waha, jest rozdarta między dwoma światami, ostatecznie jednak daje się uwieść i przekonać do balu w towarzystwie wampira. W tym momencie wśród publiczności ponownie pojawia się Julia Słojewska, tym razem w pięknej, czerwonej sukni, i schodzi niepewnie na scenę, wzywana przez wewnętrzny głos w głowie. Zaprasza on do wejścia w mrok i zapomnienia o wszelkich wątpliwościach, co dziewczyna posłusznie robi, zdając sobie jednak sprawę z tego, że idzie na dno. Duet Słojewska – Wojtan był kolejnym, który skradł serca publiczności – świadczyły o tym chociażby gromkie owacje i okrzyki pod koniec utworu.

Spektakl wystawiony przez studentów Akademii Muzycznej i wyreżyserowany przez Ewelinę Pietrowiak był dopracowany pod każdym względem. Wspaniale spisali się realizatorzy świateł (Bartosz Lewandowski, Ferdynand Szczerbowicz, Zdzisław Piaszczyk), dzięki którym łatwo można było się wczuć w panujący na scenie klimat. Doskonale poradził sobie również Marcin Fidos, który przygotował aranżacje musicalowych przebojów. Muzycznie spektakl stał zresztą na bardzo wysokim poziomie – zespół instrumentalny swoją grą był w stanie przenieść do zupełnie innego miejsca, a poszczególne głosy zostały odpowiednio dopasowane do znakomicie wyselekcjonowanych piosenek. Na uwagę zasługują również kostiumy i scenografia, a także choreografia, którą zajęła się Zuzanna Dinter – Markowska. Najlepiej pod tym względem wypadały sceny zbiorowe, które zachwycały zgraniem i energią całego zespołu, tak jak to było widoczne np. w piosence „Czosnek”.

Po przedstawieniu, które odbyło się 16 maja, można śmiało powiedzieć, że studenci włożyli sporo pracy w ten musical. Byli odpowiednio przygotowani, naturalni i przekonujący. Każdy z nich powinien być dumny z tego, co wniósł do tego przedsięwzięcia, bo to właśnie praca zespołowa i wspólne starania sprawiły, że spektakl oglądało się tak dobrze. Aktorzy potrafili przenieść widza do zupełnie innego świata, choćby do słonecznego Buenos Aires. Iluzja zakończyła się jednak dosyć boleśnie, bo po wyjściu z Sali Koncertowej widzowie musieli się zmierzyć… z deszczową Łodzią.

Oceń publikację: + 1 + 4 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tulodz.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.