zamknij

Kultura i rozrywka

Okołoteatralny pamiętnik z Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych

2018-03-12, Autor: Joanna Królikowska

XXIV Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi rozpoczął się równo tydzień temu – 5 marca. Jeden z najważniejszych łódzkich festiwali teatralnych jak zwykle wzbudza dużo emocji. A te dotyczą zarówno spektakli, jak i spraw okołoteatralnych – stąd „okołoteatralny pamiętnik″ w tytule. Jak wypadł pierwszy festiwalowy tydzień (od 5 do 11 marca)?

Trudne Festiwalu początki…

Inauguracyjny spektakl miał być oczywiście mocnym uderzeniem. Dlatego na początek festiwalu zaserwowano widzom „Wesele” w reżyserii Jana Klaty ze Starego Teatru w Krakowie. Jak można się było spodziewać, na spektakl rzuciły się tłumy. Chodzą plotki, że bilety wyprzedały się w kilka godzin.

Reklama

Nie zdziwiło mnie więc, że wchodząc do Teatru Powszechnego, napotkałam tłumy rozentuzjazmowanych potencjalnych widzów – potencjalnych, bo czekali oni w kolejce do kasy z nadzieją na kupno wejściówek. Ponieważ sama również musiałam dotrzeć do okienka, rozpoczęłam gorączkowe poszukiwania końca kolejki. Okazały się one jednak bezskuteczne – kolejka końca nie miała albo nikt nie wiedział, gdzie ów koniec się znajduje. Stanęłam wiec gdziekolwiek, z nadzieją, że może kiedyś do kasy dotrę. Jakaż byłam naiwna! Tłum w przedsionku (bo tak chyba wypada nazwać tę przestrzeń na wysokości kasy – w odróżnieniu od foyer) gęstniał z każdą minutą a sprzedaż wejściówek wstrzymano. Widzowie, którzy przychodzili z biletami, mieli problem, żeby przedostać się na salę.

Wypada chyba powiedzieć, że nikt nad tym tłumem nie panował i nikt niczego nie wiedział. Wszyscy chcieli wejść na spektakl, ale wstrzymanie sprzedaży wejściówek było sygnałem, że może się to okazać niemożliwe. Ściśnięci i poirytowani sytuacją ludzie stali i czekali, aż ktoś kompetentny powie, co mają robić. Ale takiej osoby zabrakło. Nic dziwnego, że niektórzy zrezygnowali z tego bezsensownego czekania.

Po blisko godzinnym staniu w tłumie, wiadomość o wznowieniu sprzedaży wejściówek przyjęłam z ulgą. Wszyscy rzucili się do kasy, co znów spowodowało niemały chaos. Gdy wreszcie udało mi się wejść na salę to… zatrzymałam się od razu w drzwiach. Tłumy wypełniające widownię nie pozwoliły mi wejść dalej.

Tak więc spektakl oglądałam na stojąco przy samych drzwiach. Choć „oglądałam” to zdecydowanie złe słowo. Stojący przede mną ludzie skutecznie zasłaniali mi scenę. Mimo różnych zabiegów nie dostrzegłam więcej niż muzyków na platformach.

Drodzy Czytelnicy! Wybaczcie więc, ale o samym „Weselu” nie napiszę nic, bo go po prostu nie widziałam. Uznawszy za bezsensowne stanie na spektaklu przez 3,5 h i wpatrywanie się w tym czasie w plecy widzów stojących przede mną, podczas pierwszej przerwy z niemałym żalem opuściłam teatr. Z tego dnia zapamiętałam więc przede wszystkim problemy organizacyjne i chaos.

Warszawo, przybywamy!

Na kolejny spektakl festiwalowy trzeba było czekać aż do soboty. Było to „Psie serce” Teatru Współczesnego w Warszawie, do którego udała się łódzka publiczność. Po poniedziałkowych ekscesach szłam na festiwal z niechęcią, bojąc się, że ten dzień będzie przypominał pierwszy. Może dlatego pustki przed kasą uznałam początkowo za przywidzenie. Ale nie! Bez kolejki podeszłam i kupiłam wejściówkę!

Przyznać trzeba, że wyjazd do Warszawy był zorganizowany znacznie lepiej niż pierwszy dzień festiwalu. Widzowie zostali usadzeni w kolejno przyjeżdżających autokarach. Dla nikogo miejsca nie zabrakło.

Prezentowane tego dnia „Psie serce” w reżyserii Macieja Englerta powstało na podstawie opowiadania Michaiła Bułhakowa. Rolę tytułowego psa, ewoluującego później w człowieka, zagrał świetny Borys Szyc, do którego postaci od pierwszych minut czuło się sympatię. Ta oczywiście znikała, gdy bohater ten stawał się człowiekiem. Bardzo dobrą rolę zagrał też Krzysztof Wakuliński jako profesor Preobrażeński.

Złe czasy obrazował Bułhakow i złych ludzi w tych czasach żyjących. I tacy są też bohaterowie tego spektaklu. Bardziej źli niż dobrzy. Może trochę tacy, jak nasze współczesne społeczeństwo, zapatrzeni w autorytarnych przywódców, hołdujący niekoniecznie demokratycznym ideologiom. Historia lubi się powtarzać. I choć wysuwam tu dość ponure wnioski, to jednak momentami spektakl ten bywał bardzo zabawny, wywołując wśród publiczności wiele śmiechu. Warto było wybrać się do Warszawy, by zobaczyć to solidnie zrobione przedstawienie z wieloma dobrymi kreacjami aktorskimi.

Ta nieszczęsna polityka…

Niedziela. Po wejściu do teatru dostrzegłam elegancko wijącą się kolejkę do kasy. Bez problemu udało mi się znaleźć jej koniec! Wejściówki sprzedawano bez przerw, jakby poniedziałkowego chaosu wcale nie było. Czyżby ktoś usłyszał moje złorzeczenia po pierwszym dniu festiwalu?

Po wejściu na salę zajęłam wygodne miejsce pod ścianą, by jakoś wystać te 2,5 godziny, które trwał spektakl „K.” na podstawie dramatu Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki. Strzępka i Demirski jak zwykle skomentowali polską rzeczywistość, tym razem polityczną. Tytułowy K. (w tej roli świetny Marcin Czarnik) to oczywiście Jarosław Kaczyński. Choć nie tylko o nim jest ten spektakl.

K. stanowi bowiem część świata polityki – świata, którego groteskowość została a w tym przedstawieniu wyeksponowana. Właściwie politycy, z prezesem na czele, zachowują się jak rozpieszczone dzieci. Bez wyjątków. A jeden gorszy od drugiego. Strzępka i Demirski nie krytykują konkretnej partii – ośmieszają wszystkich od prawa do lewa, całą polską scenę polityczną i uzmysławiają, że jej poziom jest niższy niż Żuławy Wiślane. To jednak nie jest kabaret ani popularne „Ucho prezesa”. Tu śmiech więźnie w gardle, bo to, co początkowo śmieszne, okazuje się koszmarem. A koszmar ten to przecież nasza rzeczywistość.

Czy Strzepka i Demirski bawią się w proroków, przewidując przebieg wyborów w 2019 roku? Może… Sytuacja w każdym razie jest beznadziejna. Potencjalni kandydaci, partie, liderzy, zostali tak przedstawieni, że żaden nie budził sympatii. W efekcie zmieniające się sondaże, wskazujące raz jednych, raz drugich jako zwycięzców, nie mogły nigdy zadowalać. Czy zatem z tej sytuacji nie ma wyjścia? Ktokolwiek wygra, to i tak będzie źle? Bardzo pesymistyczna perspektywa. Może dlatego po wyjściu z teatru nie mogłam przestać o niej myśleć. I pewnie przypomnę sobie o niej, idąc w przyszłym roku na wybory. Mam nadzieję, że nie będą one wyglądać tak jak w tym spektaklu.

Oceń publikację: + 1 + 11 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tulodz.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuŁódź

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tulodz.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Historyczny neon ŁÓDŹ FABRYCZNA powinien być:






Oddanych głosów: 575