zamknij

Kultura i rozrywka

Najgorsze uczucie: bezradność. Recenzja filmu „1000 gatunków deszczu”

2018-07-22, Autor: Dominika Kowalczyk

Nastolatek Mike świadomie znika, wycofując się z realnego świata. Pozostawia po drugiej stronie drzwi swego pokoju rodzinę. Ojciec Thomas, matka Susanne i siostra Miri zaczynają posuwać się do nieprzewidywalnych czynów.

Co się dzieje z człowiekiem, który czuje, że nic nie może zrobić? Zaprzecza wszystkiemu, wpada w gniew, płacze. Etapy mieszają się, zamieniają kolejnością. Aż wkrótce znikają jak kamfora, by nadszedł wyczekiwany moment – akceptacja. Swoiste katharsis, które przeradza bezradność w lekcję życia. Cały ten ciężki proces bardzo dobrze obrazuje produkcja 1000 gatunków deszczu (reż. Isabel Prahl).

Reklama

Doskonale wykreowani bohaterzy prowadzą widza przez film, wbijając go cały czas w fotel. Produkcja intryguje przebitkami z ulew i tajemniczymi karteczkami od zamkniętego w pokoju syna. Szokuje chociażby scenami w opuszczonym budynku, czyli seksem przy plamie wymiocin i piciem moczu. Wzrusza, gdy Thomas (Bjarne Mädel) pali rzeczy syna w ogrodzie. Nadal mam przed oczami uroczą przytulankę, która czernieje pod wpływem ognia. Scenarzyści podeszli też do produkcji bardzo psychologicznie. Susanne (Bibiana Beglau) i jej mąż próbują nieświadomie zapełnić pustkę po synu. Przypomina mi się ich rozmowa.

– Próbowałem coś ukraść.

– A ja pofarbowałam włosy koledze Mike’a.

Biję brawo również za pracę kamery i ujęcia. Najbardziej podobały mi się detale. Zbliżenie na spracowaną męską dłoń dotykającą delikatnego ramienia kobiety albo usta powolnie stykające się z drugimi. Mam w pamięci też blask ogniska odbijającego się od cery Susanne albo wąskie wiązki światła wpadające przez dziurki od żaluzji okiennych Mike’a (Béla Gabor Lenz) wprost na Miri (Emma Bading).

Stawiam plusa także za ścieżkę dźwiękową. Bez niej nastrój nie byłby tak dobrze zbudowany. Twórcy nie boją się kontrastów. Potrafią połączyć wolny, przeszywający utwór ze sceną tańczącej młodzieży w ciasnym pokoju.

Daję 1000 gatunków deszczu tysiąckroć razy tak. Twórcy doskonale wykreowali bohaterów. Film odznacza się też bardzo dobrymi ujęciami i pracą kamery, grą świateł, montażem, muzyką… Ma w sobie wiele z codzienności. Obrazuje, jak człowiek reaguje na bezradność. Jest poruszający i intrygujący. Jedyne, do czego mogę mieć zastrzeżenia, to uczucie niedosytu, jakie zostało we mnie po seansie. Liczyłam na inne zakończenie.

Produkcja była częścią programu Transatlantyk Festival.

Oceń publikację: + 1 + 3 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tulodz.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.