zamknij

Kultura i rozrywka

Królewski występ w Atlas Arenie - Queen i Adam Lambert w Łodzi [RELACJA]

2017-11-08, Autor: Kamila Kolasińska

Były lasery, przejażdżka rowerem po scenie, a nawet gitarowa solówka w kosmosie – to tylko niektóre z atrakcji, które mogliśmy podziwiać podczas poniedziałkowego koncertu Queen z Adamem Lambertem w Atlas Arenie. I choć tego wieczoru w łódzkiej hali zgromadziło się kilka pokoleń muzycznych fanów, wszyscy mieli jeden wspólny cel: celebrować dorobek zespołu i dobrze się bawić przy utworach „boga muzyki rockowej”, Freddy’ego Mercury’ego.

To już czwarty występ zespołu Queen + Adam Lambert w Polsce w ciągu pięciu lat. Wcześniej grupa zagrała we Wrocławiu (2012), w Krakowie (2015) i podczas Life Festival Oświęcim (2016). Tegoroczna trasa wiąże się z 40-leciem wydania płyty „News of the World”, z której pochodzą takie przeboje jak „We Will Rock You” czy „We Are the Champions”. Z tą płytą kojarzy się również robot, którego przedstawił na okładce artysta Frank Kelly Freas i który był najczęściej pojawiającą się wizualizacją tego wieczoru.

Reklama

Pod względem produkcji i efektów występ stał zresztą na bardzo wysokim poziomie. Wystarczy wspomnieć choćby o samej scenie, która kształtem przypominała gitarę, a jej gryf stanowił dla muzyków 30-metrowy wybieg – jak się okazało – na tyle długi, by można było po nim przejechać na różowym rowerze, jak zrobił to Adam Lambert podczas „Bicycle Race”. Kolorowe światła, lasery, olbrzymia głowa robota, na której wokalista wykonał „Killer Queen” to tylko część atrakcji przewidzianych dla fanów. Pod tym względem show cieszyło się ogromnym bogactwem wizualnym.

W ramach zaprezentowanej przez muzyków setlisty pojawiły się największe przeboje Queen, takie jak „Another One Bites the Dust”, „Under Pressure” „I Want to Break Free” czy „Who Wants to Live Forever”. Nie mogło oczywiście zabraknąć „Somebody to Love” i „Bohemian Rhapsody”, podczas którego standardowo został wyświetlony fragment znanego wszystkim teledysku. Dużym zaskoczeniem był wpleciony pomiędzy twórczość zespołu solowy utwór Lamberta, „Whataya Want From Me”, jednak nawet przy nim polska publiczność pokazała, że umie się bawić.

Jednym z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających momentów koncertu było akustyczne wykonanie przez Maya „Love of My Life”. Zanim muzyk zaczął grać, zachęcił publiczność, by zaśpiewała tę piosenkę razem z nim: „Dla Freddie’ego, ok? A jeśli będziemy naprawdę dobrzy, to może wydarzy się coś magicznego”. Stopniowo Atlas Arena zaczęła rozjaśniać się od wyciągniętych do góry telefonów i atmosfera stała się bardziej nastrojowa. Jednak dopiero pod koniec utworu zdarzyła się rzecz naprawdę wyjątkowa – nagle na ekranie obok gitarzysty pojawił się sam Freddie Mercury i wykonał kilka wersów piosenki. May wyciągnął w jego stronę rękę, zupełnie jak gdyby znowu stali razem na jednej scenie, ale zanim zdążył otrzeć twarz z łez, Freddie’ego już nie było. Samo wspomnienie zostanie jednak w pamięci widzów z pewnością na długo.

Jeśli chodzi o Briana Maya, to poza siwą czupryną w ogóle nie było po nim widać upływających lat. Artysta sprawnie zagrał na gitarze wszystkie utwory, poradził sobie również wokalnie. Solówkę wykonał na podeście, stojąc na tle gwieździstego nieba i planet. Wizualizacja wypadła niezwykle efektownie i przypomniała fanom, że mężczyzna jest nie tylko wspaniałym muzykiem, ale również doktorem astronomii. Oprócz tego May chętnie wchodził w interakcje z fanami, czego najlepszym przykładem mogło być wyciągnięcie selfie sticka i nagranie siebie na tle publiczności. Bo przecież, jak sam zauważył, chodzi tu o uwiecznianie wyjątkowych chwil z ludźmi, których kochamy.

Z oryginalnego składu pozostał również grający na perkusji Roger Taylor. Wspólnie z Lambertem zaśpiewał „Under Pressure”, a jako fan motoryzacji wykonał „I’m in Love with My Car”. U boku tytanów zespołu pojawił się również basista Neil Fairclough, klawiszowiec Spike Edney (nazywany czasem piątym członkiem grupy, ponieważ gra z Queen od 1984 roku) oraz nowy perkusista Tyler Warren, który zastąpił Rufusa Tigera Taylora, syna Rogera Taylora.

Choć Adam Lambert śpiewa z Queen już od pięciu lat, wśród niektórych osób wciąż budzi to pewne kontrowersje. Trzeba jednak przyznać, że wokalnie całkiem nieźle dał sobie radę. Dzięki sile swojego głosu, potrafił wyciągnąć naprawdę wysokie nuty i chociaż barwą znacznie różni się od Mercury’ego, dobrze odnalazł się w repertuarze zespołu. Sam zresztą podkreśla na każdym kroku, że nigdy nie będzie taki jak on, bo Freddie był jedynym w swoim rodzaju „rockowym bogiem wszechczasów”.

Kolejnym plusem Lamberta jest jego charyzma i teatralność. Widać, że na scenie czuł się swobodnie. Podczas koncertu miałam nawet wrażenie, że to właśnie z występów bierze swoją siłę i z każdym kolejnym utworem zyskuje nowe pokłady energii. Dzięki temu nadał zespołowi choć trochę tej dynamiki, za którą kiedyś odpowiedzialny był Mercury.

Swoją drogą, niedaleko mnie na trybunach siedział ojciec z synem. Chłopiec nie mógł mieć więcej niż dziesięć lat, a jednak chwilami odnosiłam wrażenie, że czerpie z tego koncertu więcej przyjemności niż niejeden dorosły. Ojciec chętnie mu wszystko tłumaczył, pokazywał, w którym momencie użyć latarki z telefonu, jak klaskać w rytm „We Will Rock You”. Obserwowałam tę dwójkę z pewnego rodzaju sentymentem i rozczuleniem, ponieważ odzwierciedlała właśnie to, co uwielbiam i szanuję w muzyce najbardziej – jej zdolność do łączenia i zbliżania ludzi, nieważne w jakim są wieku i czym się interesują. A dzięki takim osobom mogę mieć pewność, że dobra muzyka przetrwa wszystko, nawet upływ czasu. Najwierniejsi fani nie pozwolą o niej zapomnieć.

Oceń publikację: + 1 + 26 - 1 - 2

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tulodz.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.