zamknij

Kultura i rozrywka

Czy można zanudzić operetką? – „Zemsta nietoperza” w Teatrze Wielkim w Łodzi [RECENZJA]

2018-02-03, Autor: Joanna Królikowska

„Zemsta nietoperza” Johanna Straussa w Teatrze Wielkim w Łodzi miała być przedstawieniem idealnym w trwającym właśnie karnawale. Do ideału jednak jej daleko.

Trwający prawie 4 godziny spektakl to z pewnością wyzwanie dla widza. Czasem trudno jest utrzymać uwagę publiczności przez godzinę, a co dopiero przy tak długim przedstawieniu. I choć w przypadku spektakli operetkowych czy operowych taki czas trwania nie jest niczym niezwykłym, to jednak zwraca się na niego uwagę, gdy przedstawienie jest po prostu za długie, a widz zaczyna się nudzić i wiercić w fotelu.

Reklama

I tak jest właśnie z „Zemstą nietoperza” w reżyserii Giorgia Madii. Intryga tytułowego nietoperza (czyli dra Falkego), który chce zrobić kawał swojemu przyjacielowi w odwecie za dawny żart, rozwija się w tym przedstawieniu bardzo powoli. Z czego to wynika? Chyba przede wszystkim z za długich scen, które aż proszą się o przycięcie części tekstu. Bo choć można mieć sentyment do tłumacza libretta – Juliana Tuwima, to jednak wiele dialogów można by z pożytkiem dla spektaklu wykreślić.

Jeśli jednak twórcy zdecydowali się na pozostawienie dłużyzn, to dobrze by było, gdyby chociaż z pomysłem je zaaranżowali. Niestety, można momentami odnieść wrażenie, że reżyser pozostawił śpiewaków samych sobie. Wiele scen wydawało się zupełnie niezaplanowanych przestrzennie – chodzenie po scenie bez celu albo tylko po to, żeby był jakiś ruch, było tu dość częste. Choć były też ciekawie zrobione sceny np. pieśń węgierska w wykonaniu Rozalindy (Joanna Woś), podczas której towarzyszący jej mężczyźni (tancerze i chórzyści) coraz ciaśniej ją otaczają.

Na scenę balu czekało się z niecierpliwością. Bo jak jest bal, to musi być i taniec. Choć czy rzeczywiście musi? Owszem, tancerze pojawili się na scenie, ale na taniec trzeba było dość długo czekać. Rola baletu ograniczała się więc przez większą część balu do robienia sztucznego tłoku, snucia się po scenie albo… do pieszczot na podłodze. Gdy wreszcie zaczął się taniec… Na początek została pokazana całkiem udana solówka jednego z baletmistrzów – tańczącego walca z manekinową partnerką. Drugi pokaz był już zdecydowanie mniej udany: baletnice tańczyły w połączeniu z konstrukcją z manekinów (jedna baletnica – wprawiała w ruch kilka manekinów). Może początkowo taki zabieg intrygował, po chwili jednak zaczynał razić swoją kiczowatością. Łódzki balet (ludzko-manekinowy) chyba nigdy nie tańczył tak równo. I tak sztucznie. Wreszcie przyszła kolej na długo wyczekiwanego Straussowskiego walca wiedeńskiego. Owszem, zespół baletowy walca zatańczył, ale zatańczyli go także śpiewacy i chór. Czy zatem balet był w ogóle w tym przedstawieniu reżyserowi potrzebny? Pewne jest tylko, że potencjał tancerzy nie został wykorzystany.

Będąc jeszcze przy scenie balu, warto wspomnieć o dekoracji. Choć nie była ona zbytnio wyszukana, to zwisające z sufitu złote wstążki miały swój urok. Szczególnie że została wykorzystana scena obrotowa, do której były one przyczepione. Zabieg dość prosty, ale efektowny.

Jeśli zaś chodzi o komizm tej operetki, to różnie z nim bywało. Komizm słowny (patrz: Julian Tuwim) to akurat kwestia niezależna od twórców, aczkolwiek w pewien sposób ratująca ten dość nierówny spektakl (ciekawe było chociażby wydobywanie kolejnych „zwierzęcych” porównań). Z komizmem sytuacyjnym i komediowym potencjałem śpiewaków sprawa nie przedstawiała się już tak prosto. Nie wszyscy soliści radzili sobie z tą konwencją, popadając momentami w przesadę (szczególnie w scenach mówionych). Nic dziwnego, że aktorsko wypadł najlepiej Andrzej Gałła (aktor a nie śpiewak) w roli policjanta Froscha. Jego udział w „Zemście nietoperza” to zdecydowanie jedna z najlepszych decyzji reżysera. Warto było czekać na sceny z udziałem Andrzeja Gałły do ostatniej części spektaklu. Całkiem dobrze wypadł też Krzysztof Marciniak jako rozśpiewany, narcystyczny Alfred.

„Zemście nietoperza” w Teatrze Wielkim w Łodzi brak niestety tej charakterystycznej dla operetek lekkości, skutecznie zabijanej przez wspomniane dłużyzny. Pojedyncze udane zabiegi inscenizacyjne czy wybijające się kreacje aktorskie nie są w stanie zrehabilitować całego spektaklu. Szkoda, bo mogła to być ciekawa karnawałowa propozycja.

 


Recenzja dotyczy spektaklu z 16 stycznia 2018 r. z następującą obsadą:


Gabriel von Eisenstein: Tomasz Rak
Rozalinda: Joanna Woś
Adela: Joanna Moskowicz
Dr Falke: Arkadiusz Anyszka
Alfred: Krzysztof Marciniak
Frank: Dariusz Machej
Książę Orlovsky: Agnieszka Makówka
Dr Blind: Zenon Kowalski
Ida: Patrycja Krzeszowska
Frosch: Andrzej Gałła

Oceń publikację: + 1 + 18 - 1 - 3

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tulodz.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.

Alert TuŁódź

Byłeś świadkiem wypadku? W Twojej okolicy dzieje sie coś ciekawego? Chcesz opublikować recenzję z imprezy kulturalnej? Wciel się w rolę reportera www.tulodz.com i napisz nam o tym!

Wyślij alert

Sonda

Mobilna Łódź, czyli Busorożec w akcji. Taka forma promocji miasta jest:






Oddanych głosów: 97