zamknij

Sport i rekreacja

SPORTOWY WYWIAD TYGODNIA#6: Rozmowa z Jarosławem Jagielskim, prezesem BSC Grembach Łódź

Jarosław Jagielski, to postać, która w świecie beach soccera jest niezwykle szanowana. Prezes oraz ustępujący trener BSC Grembach Łódź w pełni poświęcił się polskiej piłce plażowej. Teraz przyszedł czas na chwilę odpoczynku, a w międzyczasie także na wywiad dla TuŁódź.com.

Jak wyglądały początki beach soccera w Polsce? Co się przyczyniło do problemów tej dyscypliny w naszym kraju? Dlaczego to Łódź jest stolicą plażowej piłki nożnej? Który z zawodników reprezentacji Polski w piłce nożnej poradziłby sobie najlepiej na piasku? Odpowiedzi na te wszystkie pytania znajdziecie w poniższym wywiadzie. Gorąco polecamy!

Reklama

Michał Malinowski: Zacznijmy od samego początku profesjonalnej plażowej piłki nożnej, czyli od 1992 roku. Wówczas powstała organizacja Beach Soccer Worldwide. Czy miał Pan już wtedy coś z piaskiem wspólnego?

Jarosław Jagielski: Byłem za duży na piaskownicę (śmiech). Absolutnie w 1992 nie miałem nic wspólnego z piaskiem. Wtedy byłem jeszcze czynnym zawodnikiem, ale w piłkarskiej lidze szóstek, organizowanej na terenach Łodzi. Właśnie poprzez tę ligę szóstek poznałem chłopaków z Grembacha i można powiedzieć, że to były moje początki w Grembachu.

Zapewne nie przeszło wtedy jeszcze Panu przez myśl, że zwiąże się Pan z beach soccerem.

Prawdę mówiąc, nie było czegoś takiego jak beach soccer w Polsce.

Kiedy zatem zaczęto mówić o tej dyscyplinie w naszym kraju?

Dokładnie w 2003 roku. Wówczas odbył się pierwszy turniej, chyba już nawet rangi mistrzowskiej. Do tego doszedł pierwszy mecz rangi państwowej – rozegrany w Chodczu z Norwegią. To były początki. Powstała Polska Federacja Beach Soccera. Tak naprawdę to ten pierwszy mecz międzypaństwowy wyznacza początek beach soccera w Polsce.

Jak się zaczęła Pana przygoda z plażową piłką nożną?

W lidze szóstek zdobywaliśmy sukcesywnie Mistrzostwa Łodzi. Graliśmy także na hali, gdzie w łódzkich rozgrywkach osiągaliśmy kolejne sukcesy. Doszliśmy do wniosku, że Łódź stała się dla nas za mała. Zaczęliśmy wychodzić poza nasze miasto. Najpierw zaczęliśmy od zawodów wojewódzkich, a pod koniec lat 90. stwierdziliśmy, że warto pójść w stronę piłki halowej. To były początki futsalu, chociaż rozgrywki ogólnopolskie już się odbywały. Obok rozgrywek mistrzowskich był także Puchar Polski. Postanowiliśmy połączyć swoje siły z innym zespołem, który już w futsalu jakieś doświadczenie miał i wystartowaliśmy w Pucharze Polski. Spisaliśmy się bardzo dobrze, bowiem doszliśmy do finału, w którym ulegliśmy jednej z najlepszych drużyn futsalowych w tamtym czasie w Polsce – Baustalowi Kraków. Zachęceni sukcesem doszliśmy do wniosku, że od nowego sezonu zgłosimy się do rozgrywek i zaczniemy w I lidze. Po roku awansowaliśmy do ekstraklasy. W futsal graliśmy naprawdę sporo. W 2003 roku dowiedziałem się, że istnieje coś takiego, jak gra w piłkę nożną na piasku. Początkowo była to odskocznia, która pozwalała się zespołowi skonsolidować i jeszcze lepiej zgrać. W 2004 roku, w Poddębicach, odbyły się mistrzostwa województwa łódzkiego. Byli z nami wtedy tacy zawodnicy jak Boguś Saganowski, Marcin Olejniczak, Zbyszek Wyciszkiewicz…

Z Panem Zbyszkiem również rozmawialiśmy w ramach Sportowego Wywiadu Tygodnia, ale nie chwalił się, że grał w beach soccer...

…to zaraz powiem dlaczego (śmiech). Wspierał nas też Sławek Gula. Niedawno proponowałem im powrót do piłki nożnej plażowej, ale nie skorzystali z okazji. Doszli do wniosku, że są już poważnymi panami i nie będą się wygłupiać na piasku. Może i dlatego Zbyszek się nie chwalił, bo to była bardziej przygoda. Później graliśmy na Mistrzostwach Polski w Ustce… I tak to się potoczyło aż do 2007 roku, kiedy to zdobyliśmy pierwsze trofeum. Można zatem powiedzieć, że moje początki były dość zabawowe. Taki przełom nastąpił w 2007 roku. Doszedłem do wniosku, że będę grał tylko w beach soccer, porzucając jednocześnie futsal.

To był czas, kiedy w beach soccer, na wysokim jak na polskie warunki poziomie, mógł grać praktycznie każdy.

Do 2012 roku w beach soccer mogły grać amatorskie zespoły. Rozgrywki toczyły się w danych województwach. Polskich beach soccerowych klubów, zarejestrowanych w Polskiej Federacji Beach Soccera było około 100. To wszystko było bardzo fajnie poukładane przez Michała Sieczko.

W 2009 roku został Pan selekcjonerem reprezentacji Polski, ale ostatecznie nie było Panu dane poprowadzić drużyny w żadnym meczu. Jak to się stało?

Można powiedzieć, że co roku wypływają nowe fakty. Sytuacja polegała na tym, że Beach Soccer Worldwide, jako prywatna firma, która stworzyła zasady piłki nożnej plażowej miała poniekąd monopol na ten sport. Byli dobrym organizatorem, skupili promotorów z różnych krajów i to oni organizowali te turnieje. W pewnym momencie postanowili wejść w układ z FIFA. FIFA stwierdziła, że nie ma problemu, ale to ona będzie organizowała Mistrzostwa Świata, natomiast Beach Soccer Worldwide resztę turniejów. Umowa została zawarta, ale FIFA postawiła jeszcze jeden warunek. Ich promotorami są krajowe związki piłkarskie. W związku z tym od razu skontaktowaliśmy się z PZPN-em. Podpisana została umowa z Michałem Sieczko, że to właśnie on, z ramienia Polskiego Związku Piłki Nożnej, będzie się zajmował rozwojem beach soccera w Polsce. Tak było przez 3 lata. W 2009 roku umowa wygasła i wówczas Tomek Iwan, z ramienia PZPN-u stanął na czele tej dyscypliny. W tym czasie mieliśmy zebraną reprezentację, więc trochę nas zdziwiło, że kilku zawodników nagle odmówiło gry. Zaczęliśmy drążyć temat. Michał Sieczko zaproponował mi jeszcze w 2008 roku, abym przejął po Jacku Zioberze obowiązki trenera reprezentacji Polski. Podkreślam – trenera, ponieważ oprócz tego, że miałem dokonywać selekcji, to jeszcze szkoliłem. Przyjąłem propozycję. Pojechaliśmy na zgrupowanie do Chodcza, gdzie są naprawdę wyśmienite warunki do treningu. W tym momencie zaczęła się ta cała rozgrywka między Michałem Sieczko a PZPN. Doszło do tego, że na turniej do Rzymu poleciały dwie reprezentacje. Był taki moment, że mogło dojść do porozumienia, ale rozmowy się urwały, nie doszliśmy do kompromisu. W Rzymie spotkała nas przykra sytuacja, bo kiedy dojechaliśmy do hotelu, trafiliśmy na mur. Nikogo nie interesowaliśmy, w przeciwieństwie do drugiej reprezentacji, która była witana z honorami. Zostaliśmy przeniesieni do innego hotelu. Tam przespaliśmy noc i moi zawodnicy wrócili do Polski. Ja zostałem w Rzymie, żeby obserwować turniej. Myślę, że od tego momentu rozpoczęły się poważne podziały w polskim beach soccerze, które tak naprawdę trwają do dziś. Szkoda, że wtedy nie udało się połączyć naszych sił. To trudny i złożony temat. Zawsze stawałem po stronie zawodników, a oni chcieli reprezentować nasz kraj. Taką możliwość mieli tylko grając w reprezentacji Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Był Pan trenerem reprezentacji i drużyny seniorskiej Grembacha, jest Pan prezesem klubu… Ale to nie wszystkie funkcje, jakie Pan pełnił w ostatnich latach.

Jestem również trenerem II-ligowej drużyny kobiecej. To trochę paradoksalne, bo tak naprawdę nigdy nie chciałem być trenerem drużyny grającej na trawiastych boiskach. Wcześniej mieliśmy na piasku drużyny młodzieżowe, robiliśmy szkółki dla dzieci, ale to wszystko było z doskoku. Kilka lat temu byliśmy na zimowym międzynarodowym turnieju w Pradze. Tam po raz pierwszy zobaczyłem kobiety, grające na piasku. Doszedłem do wniosku, że to super pomysł. Stworzyliśmy w Grembachu zespół U-21 oraz właśnie zespół żeński. W kolejnych latach raz po raz tworzyliśmy zespoły kobiece, ale umiejętności zawodniczek, które się do nas zgłaszały były kiepskie. W końcu w ubiegłym roku zorganizowałem Pierwsze Mistrzostwa Województwa Łódzkiego w futsalu. Po tych mistrzostwach zgłosiła się do mnie jedna dziewczyna, która powiedziała, że chciałaby razem z koleżankami spróbować swoich sił w beach soccer. Rozpoczęliśmy treningi i pojechaliśmy w ubiegłym roku na mistrzostwa, po raz pierwszy jako Lady Grembach. Dziewczyny zajęły szóste miejsce. Po sezonie na piasku wróciły do gry na trawie. W okolicach października dostałem informację, że zawodniczki zostały bez trenera. Stwierdziłem wtedy, że chcę im pomóc do czasu, aż nie znajdą sobie trenera. Poszukiwania szkoleniowca nie powiodły się, wspólnie przepracowaliśmy okres przygotowawczy, gramy na wiosnę i zobaczymy co przyniesie przyszłość.

Ma Pan spore doświadczenie w roli szkoleniowca. Ile lat spędził Pan na ławce trenerskiej Grembacha?

Hmmm… Łącznie 14 lat. Można powiedzieć, że po tylu latach znienawidziłem plażę (śmiech). Aczkolwiek mecze i treningi na piasku ubóstwiam. To niezwykle pasjonujący i widowiskowy sport. Nie jest łatwo z tego wszystkiego zrezygnować, jeśli zna się najlepszych zawodników oraz trenerów na świecie i jest się wszędzie traktowanym z szacunkiem.

To dlaczego zdecydował się Pan oddać trenerskie stery w Grembachu?

Z bardzo prostej przyczyny. Kiedyś trzeba odpocząć. Idę równolegle z zawodnikami, z którymi rozpoczynaliśmy przygodę z beach soccerem w Polsce. Ci zawodnicy myślą już o tym, żeby zakończyć karierę, ale jeszcze nie chcą, bo uważają, że mogą grać na wysokim poziomie. Najgorsze w tym wszystkim, że ciężko znaleźć ich następców. Zdecydowałem się ustąpić, żeby spojrzeć na wszystko z innej perspektywy, pozwolić innym rozwijać siebie i swoje pomysły.

Jak Pan podsumuje ostatni akord w Pana trenerskim wydaniu, czyli Euro Winners Cup w Nazaré?

Z tym turniejem też się wiąże ciekawa historia. W 2008 roku pojechałem razem z Michałem Sieczko na konferencję do Barcelony, gdzie spotykali się promotorzy ze wszystkich krajów członkowskich BSWW. W trakcie tej konferencji, moim kulawym angielskim, zadałem pytanie, dlaczego Beach Soccer Worldwide organizuje tylko turnieje dla drużyn narodowych. Czemu nie zrobią czegoś na zasadzie piłkarskiej Ligi Mistrzów. Odpowiedź oficjeli była wymijająca. Tydzień temu rozmawiałem z Gabino – włodarzem BSWW – i przypomniałem mu tę sytuację. Powiedział mi „no to możesz się teraz uważać za jednego z ojców Euro Winners Cup”. Ale wracając do tegorocznego turnieju… od wielu lat świat idzie do przodu, a my niestety stanęliśmy w miejscu. Jak jedziemy na turniej europejski, to nie wygląda to dobrze. Realnie rzecz biorąc, pozycja Grembacha w Europie jest między siódmym a dwunastym miejscem. Miejsca od szóstego wzwyż są na chwilę obecną poza naszym zasięgiem. Trzeba tutaj podkreślić, że najlepsi grają po prostu cały rok. Oni używają możliwości grania w innych zespołach, grają co weekend. Niestety u nas przez kilka lat zaniechano szkolenia, brakowało baz treningowych. W Łodzi nie ma jeszcze gdzie trenować. Utrzymywanie takiego klubu to naprawdę niełatwa sprawa.

Właśnie, wiadomo nie od dziś, że w Łodzi jest problem z boiskami treningowymi. Gdzie trenujecie, aby przygotować się do poszczególnych turniejów?

Jeśli chodzi o infrastrukturę, to w Łodzi nigdy nie było beach soccerowego boiska z prawdziwego zdarzenia. Było boisko w Parku 3 Maja, ale w chwili obecnej jest tam jeden wielki plac budowy. Miał ten obiekt zostać oddany w maju, później w czerwcu, ale z tego co widzę, to małe na to szanse. Mam nadzieję, że od przyszłego roku będziemy trenować już na dobrze przygotowanym boisku przy ul. Małachowskiego. Natomiast przygotowując się m.in. do Euro Winners Cup trenowaliśmy w Chodczu, gdzie jest cisza, spokój, las… Natomiast Chodecz jest oddalony od Łodzi o około 120 km, więc codzienne dojeżdżanie nie miałoby sensu. Na co dzień ćwiczymy na placu na Stawach Jana, gdzie są jakieś bramki, ale jest bardzo mało piachu, dookoła płyty betonowe, jest to niewymiarowe boisko i do tego niestety trochę niebezpieczne. Jest jeszcze plac na Karpackiej, ale strasznie zaniedbany. Nie ma szans, żeby tam potrenować. Szkoda, bo są w Łodzi fajne miejsca, ale nie nadają się one do użytku.

Skoro jako w zasadzie amatorzy jesteśmy w stanie walczyć z najlepszymi, to czy można, nieco upraszczając, powiedzieć, że gdybyśmy mieli w Polsce dwie, może trzy hale, gdzie treningi odbywałyby się również zimą, to dorównalibyśmy mistrzom Europy i świata?

Nie odpowiem Panu, że tak by było. Ale powiem, że na pewno byśmy się do nich zbliżyli. Była taka historia z futsalem. Kiedyś, zawodnicy mieli możliwość grania na trawie i na hali, godząc oba rodzaje rozgrywek. W pewnym momencie futsal rozrósł się tak w Polsce, że piłkarze musieli wybrać: albo futsal albo piłka nożna. Część poszła w jedną, część w drugą stronę. Moją nadzieją jest to, że za kilka lat zawodnicy będą musieli wybrać między beach soccerem i piłką nożną. W chwili obecnej wygląda to tak, że rozgrywki beach soccerowe w naszym kraju trwają półtora miesiąca, a przygotowania do nich około 10 miesięcy :-)

Czyli bez profesjonalizacji beach soccera w Polsce będzie bardzo ciężko o kolejne sukcesy.

Wiele osób w Polsce uważa, że to jest sport amatorski. A to nieprawda. Jeżeli chcemy rozwijać beach soccer w Polsce, to trzeba zmienić sposób myślenia o tej dyscyplinie. Kluby muszą być profesjonalne, z zawodowymi kontraktami. To w tym kierunku powinniśmy podążać.

Poświęćmy jeszcze chwilę Łodzi. Jak to się stało, że właśnie nasze miasto stało się stolicą polskiego beach soccera?

To tutaj się wszystko zaczęło. W Łodzi było kilka fajnych klubów. Pierwszym klubem beach soccerowym był Magic Łódź. Były również zespoły z Łęczycy, Zgierza i Poddębic. Właśnie stąd pochodziła Federacja Polskiego Beach Soccera i tutaj wychowywali się najlepsi zawodnicy. Oni później rozjechali się po kraju i zaczęli propagować ten sport w innych miastach. To też fajnie świadczy o Grembachu, z którego wywodzi się grono zawodników i trenerów, którzy teraz mają umiejętności i przekazują je innym. Duch beach soccera cały czas jest w Łodzi, jest klimat i myślę, że w dużej mierze, my jako Grembach, przyczyniliśmy się do tego, że właśnie tutaj mamy najlepsze drużyny w kraju.

Jak w chwili obecnej wygląda wyławianie młodych, zdolnych zawodników do Grembacha? Bo pewnie nie ma czegoś takiego, że rodzice przyprowadzają dzieciaki, aby pograły sobie na piasku w piłkę.

Faktycznie nie ma czegoś takiego. Ale ja to rozumiem. Jeszcze rok temu prowadziliśmy na Stawach Jana grupy młodzieżowe, ale w chwili obecnej boję się trenować tutaj z dzieciakami, bo jest po prostu niebezpiecznie. My idziemy trójtorowo. Podglądamy różnych zawodników z niższych lig i co rok próbujemy kogoś do zespołu dokoptować. Próbujemy też przesuwać chłopaków z zespołu juniorów do seniorów. W tym roku będzie czterech takich zawodników. I wreszcie, na koniec, obserwujemy zawodników z innych zespołów, jednak nigdy ich nie „podbieramy”. Jeżeli ktoś do nas przychodził to dlatego, że był zafascynowany beach soccerem oraz poziomem jaki prezentuje Grembach i sam chciał do nas dołączyć...

Wątek pieniędzy już w naszej rozmowie się przewijał, ale doprecyzujmy: jak pozyskujecie środki na funkcjonowanie klubu?

Przede wszystkim nie jestem sam. Przykładowo na pierwszy turniej w 2004 roku jechaliśmy w 9 osób. Teraz, gdy gramy w Ustce albo w innym miejscu gdzie można nieco wypocząć, jeździ 120 osób. Ten klub się naprawdę rozrasta. Niebawem będziemy grać w Kołobrzegu, gdzie pojawią się nasze dwa zespoły. Hotel mamy zarezerwowany na 60 osób. Moja żona, która jeszcze kilka lat temu nie miała ze sportem wiele wspólnego, jest zakochana w beach soccerze. Wszyscy w klubie pracujemy na to, aby te pieniądze w klubie były. Pomagają nam m.in. PZPN, Urząd Marszałkowski, ŁZPN i oczywiście firmy prywatne, z którymi współpracujemy. Bardzo się cieszę, że zainteresowała się nami taka firma jak Atlas. Możemy też liczyć na tzw. 1%. Z wieloma firmami działamy też barterowo. Współpracujemy na wielu różnych szczeblach. Wszyscy starają się w jakiś sposób pomóc, cała moja rodzina, wielu znajomych.

Powoli zmierzając do końca, chciałbym zapytać o Pana największy sukces w karierze. Co by Pan wskazał?

Największy sukces? (dłuższe zastanowienie) Zabrzmię trochę jak legenda, ale moim największym sukcesem było wychowanie dużej liczby reprezentantów Polski. Nie chcę tu mówić o osiągnięciach sportowych. Są one fajne, ale to owoc tego, co trzeba było najpierw zrobić. Kiedyś usłyszałem takie stwierdzenie: „Ach, bo Grembach to jest samograjem...”. Zgadza się. W chwili obecnej jest takim samograjem. Ale najpierw trzeba było go stworzyć. I to się udało doskonale. Sam byłem zdziwiony na turnieju w Portugalii, że atmosfera w zespole, który funkcjonuje ze sobą już kilka dobrych lat, jest tak wyśmienita. Sukcesem była też możliwość prowadzenia zawodników ze światowego topu, a później dostanie od nich informacji, że spokojnie poradziłbym sobie jako trener w Brazylii. To są takie słowa, po których serce rośnie. Później, w chwili wytchnienia, można usiąść, porozmawiać, poopowiadać…

Na koniec jeszcze kilka krótkich pytań. Najlepszy zawodnik jakiego Pan trenował?

Na pewno nie powiem, że był jeden taki zawodnik. Wśród najlepszych moich podopiecznych na pewno są Witek Ziober, Bogusław Saganowski, Tomek Wydmuszek, Daniel Baran, Marek Widzicki, Piotrek Golański, Maciek Marciniak, Marcin Olejniczak, Adam Bogacz, Łukasz Świdnicki… To tylko kilku zawodników, których bardzo cenię. Miałem przyjemność przekazania kilku uwag – tak to trzeba nazwać – także takim osobom jak Sebastian Letniowski, Patryk Taraszkowski, Tomek i Grzesiek Musikowie. To jest cała rzesza zawodników, którzy tworzyli i tworzą beach soccer w Polsce. Z zagranicznych zawodników to Dejan Stanković, Bernardo Botelho, Igor Rangel, Nuno Hidalgo, Duarte Almeida, a także nasi obecni zawodnicy Vini, Mitchell Day – chyba najsympatyczniejszy zawodnik plażowy na świecie, Oliver Romrig – alfa i omega niemieckiego beach soccera i wielu wielu innych... Pewnie kogoś opuściłem (śmiech).

Najlepsza drużyna przeciwko której prowadził Pan zespół?

Myślę, że dwa najcięższe mecze graliśmy z włoskimi zespołami, przeciwko Terracinie [red. EWC '2013, mecz o 5 miejsce: Grembach-Terracina 3:6], z którą wcześniej wygraliśmy w grupie i Milanowi [red. EWC '2014, mecz grupowy: Grembach-Milan 6:7]. Straszne mecze pod względem fizycznym, pełne kontrowersji. W moim odczuciu nie mieliśmy, realnie rzec biorąc, szans w tegorocznym starciu z Lokomotiwem [red. EWC '2017, 1/8 finału: Grembach-Lokomotiw Moskwa 3:7].

Może Pan ściągnąć do Grembacha jednego zawodnika, zero ograniczeń. Na kogo pada wybór?

Ciężko powiedzieć. Jest kilku takich zawodników… Między innymi Llorenç Gomez de Leon – najwyższa światowa półka, jest Noël Ott ze Szwajcarii... Powiem tak, dla mnie najlepsi są ci zawodnicy, którzy już grali w Grembachu. To co w ubiegłym roku zrobiło dwóch reprezentantów Portugalii: Duarte Almeida i Nuno Hidalgo, to było nowe życie dla Grembacha. Przyjechali ludzie młodzi, a już reprezentanci kraju. Wprowadzili tyle entuzjazmu, tyle radości, tyle pozytywnych emocji… Ich radość po zdobyciu trofeum była bezcenna.

Kto z kadry Adama Nawałki dałby sobie Pana zdaniem najlepiej radę na piasku?

Sądzę, że każdy z nich dałby sobie radę na piasku. Pewnie Lewandowski byłby jednym z najlepszych piwotów. On potrafi grać przodem, tyłem do bramki – to jest w ogóle fenomen na skalę światową. Ale ja bym postawił na zawodnika, którego znam prywatnie i który bardzo chętnie kiedyś przyjeżdżał na beach soccera. To jest Kamil Grosicki. Bardzo fajny facet, który ma umiejętności beach soccerowe.

Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę powodzenia na wszystkich polach pańskiej kariery zawodowej.

Bardzo mi miło. Dziękuję.

Oceń publikację: + 1 + 7 - 1 - 0

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tulodz.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.