zamknij

Sport i rekreacja

PIŁKA NOŻNA: Franciszek Smuda bez tajemnic! Historia "Franza" przed kolejnym debiutem w Widzewie [FELIETON]

2017-08-12, Autor: Michał Malinowski

Był 7 maja 1995 roku, kiedy Lech podejmował w Poznaniu łódzki Widzew. Mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy 1:0, po bramce Piotra Reissa. Było to debiutanckie spotkanie Franciszka Smudy na ławce Czerwono-Biało-Czerwonych. Pomimo falstartu był to początek kapitalnej przygody Franza (takiego imienia używa w Niemczech - kraju, którego obywatelstwo oprócz polskiego posiada) z łódzką ekipą…

Jak pochodzący ze Śląska trener znalazł się w centralnej Polsce? Zacznijmy od kariery piłkarskiej, która, krótko rzecz ujmując, raczej nie zapisała się w pamięci zwykłych kibiców. Rozpoczął ją w lokalnej Silesii Lubomia, aby kontynuować w Unii Racibórz. W dorosłej piłce pierwsze kroki stawiał w Odrze Wodzisław Śląski, a w mieleckiej Stali zadebiutował na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Smuda, grający na stoperze, reprezentował także barwy Piasta Gliwice i warszawskiej Legii oraz kilku drużyn w USA, a karierę zawodniczą zakończył w niemieckim VfR Coburg.

Reklama

Smudę-piłkarza pamięta niewielu, Smudę-trenera zna jednak każdy...
Pierwszym jego klubem, w którym zasiadał na trenerskiej ławce był ten, w którym zakończył poprzedni etap swej piłkarskiej drogi. Kolejne kroki stawiał w innych zespołach niemieckich, a także w Turcji. W roku 1993 zawitał po raz drugi do Mielca, tyle że tym razem w innej już roli. Wielkich sukcesów na podkarpaciu nie odniósł, jednak w 1995 roku zgłosił się do niego Andrzej Grajewski, ówczesny współwłaściciel Widzewa.

Jego przyjście do klubu z al. Piłsudskiego obrosło legendą. Przebywając w Niemczech miał usłyszeć w słuchawce od wspomnianego "Grajka", że jeśli zdąży na poranny trening następnego dnia to poprowadzi Czerwono-Biało-Czerwonych. Zdążył...

Choć debiutu, jak już wspomniałem do udanych zaliczyć nie może (zresztą to nie jest zbyt mocna strona "Franka" - wystarczy wspomnieć ostatnie 0:5 Górnika Łęczna pod jego wodzą) to później było już tylko lepiej. Co prawda pierwszy sezon Smudy Widzewiacy zakończyli za plecami Legii, ale kolejne dwa to wielkie sukcesy łódzkiej ekipy.

Sezon 1995/96 - zwieńczony Mistrzostwem Polski - drużyna zakończyła bez porażki (od tamtego czasu nie udało się to nikomu!), w Lidze Mistrzów biła się jak równy z równym z późniejszym zdobywcą pucharu - Borussią Dortmund, wreszcie święciła kolejny triumf w lidze. Ile w tym wielkości trenera, a ile samych zawodników? Nie wiadomo... Wydaje się jednak, że co jak co, ale Smuda i widzewski charakter szły ze sobą w parze.

Do annałów trafiały nie tylko sukcesy drużyn prowadzonych przez Franza, ale także jego lapsusy językowe. "Będziemy pracować nad rzutyma rożnami... rzutami rożnyma... rzutyma rożnyma... a ch** z tym - zajmiemy się kornerami..." - miał oznajmiać swoim podopiecznym w Widzewie. Poza tym u niego wszystko musi być jak w alfabecie - od A do O! Wielu twierdzi, że Smuda znacznie lepiej radzi sobie po niemiecku. Bez wątpienia nie jest erudytą. Cóż - ciężko być przecież "alfą i romeo" ;-)

Smuda po rozstaniu z łódzką drużyną prowadził Wisłę Kraków, Legię Warszawa, ponownie Białą Gwiazdę, by wrócić (a właściwie wracać, bo to była specyficzna przygoda) do Widzewa. W międzyczasie zaliczył jednomeczowy epizod w Piotrcovii. Następnie wyjechał na Cypr, a po powrocie do kraju trenował "swoją" Odrę Wodzisław, Zagłębie Lubin, Lecha Poznań, powtórnie Miedziowych, a w ostatnim czasie Jahn Ratyzbona, po raz trzeci Wisłę i Górnika Łęczna.

Zaliczał sukcesy, ale i porażki. Wśród tych pierwszych wymienić należy Mistrzostwo Polski z krakowianami (udział w Lidze Mistrzów uniemożliwiło zawieszenie klubu w europejskich pucharach) oraz Puchar Polski zdobyty z Kolejorzem i całkiem udaną przygodę w Pucharze UEFA. Wśród drugich - na pewno nieudany pobyt w stolicy oraz epizod na Cyprze.

Od czasów sukcesów w Widzewie Smuda był zawsze blisko objęcia narodowej reprezentacji. Przy każdej zmianie na stanowisku selekcjonera w orbicie zainteresowań pojawiał się Franek, a przynajmniej dużo się o tym mówiło.

Doczekał się w 2009 roku - zwykło się twierdzić, iż był kandydatem dziennikarzy i kibiców. Otrzymał dosyć trudną misję przygotowania zespołu na polsko-ukraińskie Euro 2012. Dlaczego trudną? Wielu, nawet znamienitych trenerów, podkreśla, że budowanie drużyny, gdy nie rozgrywasz meczów o stawkę, jest zadaniem karkołomnym. Smudzie się nie udało... Choć pomagał nam los - łatwiejszej grupy nie mogliśmy sobie chyba wymarzyć, to Biało-Czerwoni nie sprostali oczekiwaniom kibiców i po przeciętnej grze szybko odpadli z turnieju.

Z okresu pracy Franza z kadrą narodową zapamiętamy chyba głównie historyczny "zjazd" w rankingu FIFA (choć tu akurat przyznać trzeba uczciwie, że duży wpływ na ten fakt, miał również sposób jego tworzenia i brak meczów o punkty naszej reprezentacji), hasło "farbowane lisy" oraz bojaźliwą (zupełnie nie w stylu dawnego Smudy) taktykę zespołu w meczach z Rosją i Czechami...

A jeśli już o taktyce mowa...
Gdy Smuda przychodził w połowie lat 90-tych do Widzewa pojęcie taktyki niemal nie istniało. Jak w jednej z wypowiedzi wspominał Mirosław Szymkowiak, w początkach jego piłkarskiej kariery na odprawach przedmeczowych trener podawał właściwie tylko skład, a później wychodziło się na boisko i grało. Dopiero "Franek" miał zacząć wprowadzać nowinki, chociażby w postaci podwojenia. Ale świat się rozwija, także piłka nożna się zmienia - Smuda zaś stroni od komputerów, systemów analitycznych (nie jest w tym jedyny, ale jednak nieco wyobcowany), a piłkarzy ocenia "po tym, jak wchodzą po schodach" (to oczywiście kolejna z jego wypowiedzi).

Czy tak się da osiągać w dzisiejszym sporcie sukcesy? Co przyniesie kolejny powrót Franza do Łodzi? Tak naprawdę mądrzy będziemy dopiero wiosną przyszłego roku :-)

Spróbuję jednak krótko zwrócić uwagę na kilka faktów...
Zacznę od kwestii najbardziej oczywistej, czyli momentu dokonania zmiany. Jak dla mnie zupełnie nietrafiony. Z jednej strony rozumiem kwestię pojawienia się nowego właściciela w klubie, co na pewno przełożyło się na większe możliwości finansowe. Z drugiej jednak strony cały okres przygotowawczy, budowanie składu etc. powierzono Przemysławowi Cecherzowi, by za pięć dwunasta, a właściwie to nawet pięć po dwunastej, oddać zespół w ręce innego trenera... Czy naprawdę nie dało się tego wszystkiego "ogarnąć" wcześniej?! A tak pamiętajmy, że Smuda zawsze będzie miał wygodne alibi - przecież to nie on odpowiadał za wiele kwestii...

Warto przypomnieć też, co widać zresztą w powyższym krótkim resume kariery trenerskiej Franza, że największe sukcesy na ławce trenerskiej odnosił jeszcze w XX wieku! Owszem miał jeszcze dobry (chociaż nie wybitny) okres w Lechu Poznań - ale to także niemal dekadę temu.

Po wtóre, zawsze zastanawiam się, na ile sukcesy poszczególnych zespołów są wynikiem pracy trenerów, a na ile stanowią o nich po prostu umiejętności tych, którzy po boisku biegają. Czy Juergen Klopp byłby w stanie odnosić takie same sukcesy z Barceloną, gdyby to on, a nie Pep Guardiola, zasiadał na ławce trenerskiej? Czy gdyby trenerem Bayernu był nadal Juup Heynckes to Lewandowski miałby już w swoim piłkarskim CV triumf w Lidze Mistrzów? Dlaczego Jose Mourinho w Manchesterze United nie jest tak skuteczny, jak wszystkich do tego przyzwyczaił?

Albo, patrząc z nieco innej strony, czy na Euro 2012 Polacy zaprezentowaliby się lepiej, gdyby nadal prowadził ich Leo Beenhakker? Czy Polska reprezentacja byłaby dzisiaj tu gdzie jest (ćwierćfinał Euro, piąte miejsce w rankingu FIFA, "autostrada" do MŚ w Rosji), gdyby nadal prowadził ją Waldemar Fornalik? Czy to bardziej zasługa Adama Nawałki w roli trenera, czy może po prostu trafił w dobry moment? Jak Antonio Conte albo Diego Simeone poradziliby sobie w Sandecji Nowy Sącz albo Legii Warszawa? Jak wypadliby Michał Probierz albo Maciej Skorża w Manchesterze City albo Paris Saint Germain? Nie mam pojęcia... Co więcej - raczej, a odnośnie niektórych przypadków nawet na pewno, się o tym nie przekonamy...

Bardzo ciężko ocenić mi także, jak Smuda odnajdzie się na czwartym poziomie rozgrywkowym. Choć to wciąż piłka nożna, to jednak nieco inna specyfika, inne możliwości zawodników, inna kultura gry. Czy pomysły Smudy uda się odpowiednio zaadoptować do istniejących warunków?

Jak widać pytań i wątpliwości jest dużo. Plusy też jednak widzę... Dwa zasadnicze. Po pierwsze, o czym już wspominałem, Smuda i Widzew jakoś po prostu do siebie chyba pasują - a na pewno zestaw ten sprawdzał się dwie dekady temu. Po drugie zaś - Smuda przez wielu określany jest jako trudny charakter, ma zapewne wielu "anty-fanów" wśród piłkarzy, ale zawsze słynął z ambicji, silnej ręki i dużych wymagań - a to akurat chyba się przyda obecnym piłkarzom Widzewa...

Skoro właściciele klubu podpisali aż pięcioletni kontrakt z Franciszkiem Smudą oznacza to, że mają jakąś wizję. I to już jest ważne, bo tego brakuje często w naszym rodzimym futbolu. Zdecydowali się ją realizować właśnie z tym szkoleniowcem... Czas pokaże czy była to właściwa osoba na właściwym miejscu...

Powtórny debiut "Franka" przypada już dziś, 12. sierpnia. Tym razem poprowadzi zespół w meczu u siebie i zasiądzie na zupełnie innej już ławce trenerskiej. Rywal nie będzie dorównywał klasą Kolejorzowi - będzie nim Świt z Nowego Dworu Mazowieckiego, ale atmosfera na trybunach będzie bez wątpienia "champions league'owa".

W czerwcu przyszłego roku nowy-stary trener Widzewa świętował będzie siedemdziesiąte urodziny czy łódzka ekipa będzie już wtedy o krok bliżej od powrotu do ekstraklasy? Wierzę, że tak! A czy to wszystko będzie dzięki Franzowi, czy ktoś inny na jego miejscu byłby równie, a może nawet bardziej skuteczny - tego się nie dowiemy nigdy. Niemniej jednak i tak zapewne wróci wtedy do łask zawołanie "Smuda czyni cuda".

Oceń publikację: + 1 + 13 - 1 - 2

Obserwuj nasz serwis na:

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami Użytkowników portalu. Redakcja portalu www.tulodz.com nie ponosi odpowiedzialności za ich treść.